Ta historia wydarzyła się pół wieku temu, ale wciąż przeraża. W maju 1976 roku w Czerwinie pod Ostrołęką Henryk B. brutalnie zamordował swoją 26-letnią żonę Elżbietę, zadając jej kilkanaście ciosów ciężkim kluczem francuskim. Potem rozpoczęła się wieloletnia „gra w kotka i myszkę" z wymiarem sprawiedliwości - sprawca robił wszystko, by uznano go za niepoczytalnego i by mógł uniknąć kary. Oto kulisy jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii regionu.
Spokojną majową noc na jednej z posesji w Czerwinie przerwało głośne stukanie kijem w okno. Dobijanie się było na tyle gwałtowne, że gospodarze postanowili to sprawdzić. Ich oczom ukazał się widok zakrwawionej starszej kobiety z dwójką dzieci.
Padły przerażające słowa: „Ojciec zabił mamę".
Notatka Milicji Obywatelskiej w Czerwinie powstała 24 maja 1976 roku. O godzinie 2:30 milicjant został wezwany na miejsce zdarzenia. Jego opis jest makabryczny. „Wewnątrz w mieszkaniu w kuchni na podłodze stwierdziłem bardzo dużo krwi i leżący mózg" - pisał funkcjonariusz.
Około cztery godziny wcześniej Henryk B. przyjechał taksówką do domu - pijany. Wszczął awanturę z żoną, z którą wkrótce miał mieć sprawę rozwodową. Stwierdził, że nie będzie płacił alimentów i prędzej ją zgładzi. Rzucił w nią kubkiem, a następnie zaczął dusić.
Gdy teściowa próbowała go powstrzymać, przyniósł z sieni ciężki, około półmetrowy klucz francuski i uderzył 26-letnią Elżbietę prosto w głowę. Kobieta stała tyłem i nie widziała ciosu. Gdy upadła, otrzymała kolejne uderzenia. Matka ofiary zdołała zamknąć się w pokoju, wyskoczyła oknem i pobiegła po pomoc. Sekcja zwłok wykazała później, że Elżbieta otrzymała jedenaście ran tłuczonych głowy — złamanie podstawy czaszki, wielokrotne złamania kości potylicznej, stłuczenie pnia mózgu. Ofiarą furii padła też ciotka zamordowanej, Feliksa, która cudem uszła z życiem z ciężkimi obrażeniami.
Lata przemocy i strachu
Z zeznań świadków wyłonił się obraz domu, w którym od lat panował terror. Sąsiedzi zeznawali, że Henryk B., będąc pod wpływem alkoholu, regularnie urządzał awantury z żoną i teściową. Elżbieta wielokrotnie skarżyła się na męża, a z powodu ciągłych awantur złożyła pozew o rozwód.
W pozwie z kwietnia 1976 roku opisywała, że mąż bił ją, obrzucał wulgaryzmami, groził nożem, że „ją zarżnie", a nawet otruciem. „Obawiam się bardzo, aby mąż nie zrealizował swoich gróźb" — pisała niespełna dwa miesiące przed śmiercią. Termin rozprawy rozwodowej wyznaczono na 2 czerwca. Do tragedii doszło kilkanaście dni wcześniej.
Henryk B. był spawaczem, dobrze zarabiał i uchodził za dobrego fachowca. Gdy był trzeźwy, niemal się nie odzywał. Coś w niego wstępowało dopiero po alkoholu.
Narzędzie zbrodni - klucz francuski - odnaleziono dopiero dwa miesiące po morderstwie, na polu, podczas żniw. Samego sprawcę, 37-letniego mężczyznę pochodzącego z gminy Olszewo-Borki, karanego już wcześniej za bójkę, ujęto 26 maja w rejonie Placu Bema w Ostrołęce. Rozpoznał go patrol. Nie stawiał oporu i trafił do aresztu.
Wieloletnia gra o... niepoczytalność
I tu zaczęła się najbardziej zaskakująca część tej historii. Od samego początku Henryk B. zachowywał się w sposób, który miał świadczyć o chorobie psychicznej. Nie odpowiadał na pytania, siedział skulony, trząsł się, próbował gryźć własne ręce. Podczas jednego z przesłuchań zjadł popiół ze spalonego papierosa.
Rozpoczęła się wieloletnia obserwacja psychiatryczna - Grodzisk Mazowiecki, Choroszcz, Pruszków. Kolejne szpitale, kolejne opinie, kolejne przedłużenia aresztu, które ciągnęły się już nie w miesiącach, a w latach. Ze szpitala w Choroszczy Henryk B. dwukrotnie uciekał - raz na 22 dni. Co znamienne, na wolności doskonale sobie radził: podejmował pracę, posługiwał się zmienionym nazwiskiem, by nie zostać rozpoznanym. Taka zaradność w niczym nie przypominała ciężkiej choroby.
Ostatecznie biegli uznali, że mężczyzna symuluje. „Reakcja ucieczkowa po pobiciu żony i jej ciotki przemawia za tym, że zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił" — orzekli. Wykluczono schizofrenię, stwierdzając głęboko nieprawidłową osobowość z cechami psychopatycznymi. Lekarze podkreślali, że to człowiek o niezłym intelekcie, bogatym słownictwie i dobrej pamięci — który jednak nie liczy się z uczuciami innych.
Proces i niewiarygodna linia obrony
Gdy w końcu, po latach, ruszył proces, Henryk B. przedstawił zdumiewającą wersję wydarzeń. Twierdził, że nie zabił żony, że uderzył ją jedynie „damską szmatą", a prawdziwym sprawcą miał być jej rzekomy kochanek. W pewnym momencie zaczął nawet sugerować, że jego żona… żyje, bo widział ją „za stodołą podczas ucieczki".
Ostatecznie jednak przyznał: „Początkowo przyjąłem taką postawę, że udawałem, że jestem chory psychicznie". Biegli byli zgodni — teorie o żyjącej żonie to świadoma postawa obronna i element symulacji.
W 1981 roku - blisko pięć i pół roku po morderstwie - Sąd Wojewódzki w Ostrołęce skazał Henryka B. na karę łączną 25 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Sąd nie miał wątpliwości co do sprawstwa.
„Nie były to przecież jedno czy dwa-trzy uderzenia (…), ale cała niemal lawina brutalnych, mocnych ciosów i to (…) w tak bardzo ważne dla życia ludzkiego miejsce, jakim jest głowa" — napisano w uzasadnieniu, nazywając czyn mordem. Sąd Najwyższy w grudniu 1982 roku utrzymał wyrok w mocy, określając zbrodnię jako „bestialską i pełną grozy". Jedynie karę za pobicie ciotki złagodzono później na mocy amnestii — co nie zmieniło kary łącznej.
„Nazywam się Gratis". Życie po wyroku
Także w więzieniu Henryk B. sprawiał ogromne problemy — dwanaście razy karany dyscyplinarnie, agresywny wobec strażników i współosadzonych. Spokojniejszy stawał się dopiero w pojedynczej celi.
W styczniu 1993 roku, po odbyciu prawie 17 lat kary, sąd zdecydował o jego warunkowym przedterminowym zwolnieniu. Nie miał już do kogo wracać — jego nowym domem miał stać się Dom Pomocy Społecznej w powiecie wyszkowskim. To zwolnienie okazało się być może największym błędem w całej tej historii.
Od pierwszych dni mężczyzna siał w placówce strach. Twierdził, że nie nazywa się B., lecz… „Gratis". „B. to morderca, a ja jestem panem Gratis!" — wykrzykiwał. Groził personelowi i pensjonariuszom, dwukrotnie wzywano policję. Szczególnie przerażająco potraktował jedną z pielęgniarek, którą sobie upodobał — mówił jej, że jeśli będzie rozmawiać z innymi mężczyznami, grozi jej „ten sam los, co jego żonie". „Bałam się być sama na dyżurze" — przyznała kobieta.
Po niecałym miesiącu terroryzowania domu pomocy Henryk B. trafił do szpitala psychiatrycznego w Pruszkowie, a placówka skreśliła go z listy mieszkańców i wysłała jego rzeczy w kartonie. Personel odetchnął z ulgą.
Zagadka, która nigdy nie została rozwiązana
Kolejne lata to znów szpitale - Pruszków, Choroszcz. W styczniu 1998 roku, gdy kończył się kuratorski nadzór, morderca z Czerwina wciąż przebywał w Choroszczy. Nie miał rodziny ani nikogo, kto mógłby się nim zająć. Jego dalszy los owiany jest tajemnicą.
Historia Henryka B. pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Czy był genialnym manipulatorem, który z premedytacją przez dekady udawał chorobę, czy też człowiekiem naprawdę zaburzonym, którego problemu system nigdy właściwie nie rozpoznał? Jedno jest pewne - wszędzie, gdzie się pojawiał, siał strach i niepokój. A jego historia pozostaje mrocznym przypomnieniem, że za każdą decyzją wymiaru sprawiedliwości stoi nie tylko los jednego człowieka, ale i bezpieczeństwo innych ludzi.


Ilustracja do tekstu - zdjęcie wygenerowane




1
10
11