eOstroleka.pl
Region, Aktualizacja: 1 godzinę temu HISTORIA

Zbrodnia w drewnianej chacie. To, co zrobił matce, wstrząsnęło całą wsią

REKLAMA
zdjecie 4500
zdjecie 4500
REKLAMA
Posłuchaj

Miłość dziecka do matki potrafi przenosić góry. Ale tego majowego wieczoru 1980 roku w małej wsi pod Makowem Mazowieckim ta świętość została zhańbiona w sposób, który do dziś mrozi krew w żyłach. 40-letni Feliks Z. oblał swoją niedołężną, ponad 80-letnią matkę denaturatem i podpalił — bo ciągle wypominała mu pijaństwo. Oto kulisy jednej z najbrutalniejszych zbrodni w historii regionu.

Był 13 maja 1980 roku. Około godziny 22:50 dyżurny wysłał milicjanta z posterunku w Szelkowie do miejscowości Chyliny Leśne, gdzie odnaleziono zwłoki kobiety. To, co funkcjonariusze zastali na miejscu, od razu wzbudziło ich podejrzenia.

Na łóżku leżały zwłoki starszej kobiety z wyraźnymi poparzeniami i popalonymi ubraniami. Jednocześnie w palenisku w kuchni nie było żadnych śladów ognia. Dom był drewniany, kryty słomą. Na posesji znaleziono też rannego psa. Wszystko wskazywało na to, że staruszka została celowo podpalona.

Ofiarą okazała się ponad osiemdziesięcioletnia Marianna Z. - kobieta od około półtora roku leżąca w łóżku, wstająca jedynie o własnych, resztkami sił. Mieszkała z synem i dwoma wnukami.

„To było działanie innej osoby"

Pierwszym przesłuchiwanym był syn zmarłej, Feliks Z. Zeznał, że rano wyszedł z domu i udał się do pracy na budowie w Makownicy, a wrócił dopiero około 20:00. Twierdził, że matkę martwą znaleźli jego synowie.

„Matka moja od około 1,5 roku leży w łóżku i wstawała tylko za potrzebą. Nie zauważyłem, aby było palone w palenisku w kuchni. Rano, wychodząc z domu, nie rozpalałem ognia" — mówił syn ofiary. Zeznał, że staruszka „nie mogła sama tego zrobić", a całą winę od początku zrzucał na innych. „Według mnie, to było działanie innej osoby" — stwierdził.

Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci był wstrząs w następstwie rozległych oparzeń drugiego, trzeciego i czwartego stopnia. Kobieta miała poparzone około 50 procent powierzchni ciała.

Pierwszy trop: konflikt z sąsiadem

Milicjanci początkowo podejrzewali sąsiada rodziny. Mężczyzna kilka miesięcy wcześniej został skazany za kradzież 1900 złotych na szkodę zamordowanej, przez co między rodzinami trwał ostry konflikt. To właśnie jego Feliks Z. od początku wskazywał jako sprawcę.

Zeznania sąsiada i jego żony różniły się jednak w jednej kwestii - kobieta twierdziła, że mąż wrócił do domu już pod wpływem alkoholu, on zaś utrzymywał, że pił dopiero w domu. Przeszukanie jego posesji niczego nie wykazało, a badania lekarskie nie ujawniły u niego — ani u nikogo z domowników — śladów poparzeń. Trop okazał się ślepy.

Przełom nadszedł niespodziewanie

Kluczowy moment nastąpił, gdy ponownie przesłuchano młodszego, 15-letniego wnuka ofiary. Chłopak w końcu wyznał, że jego ojciec był w domu, gdy odnaleziono ciało babci - wbrew temu, co Feliks zeznawał wcześniej.

Godzinę później śledczy ponownie przesłuchali Feliksa. Nie wiedząc, że syn go pogrążył, znów powtórzył swoją wersję. Aż w końcu pękł. „Chciałbym sprostować" — przerwał. Przyznał, że wrócił do domu około 18:00, a matka była wtedy sama. Twierdził, że tylko ją popchnął i poszedł spać. „Swojemu synowi kazałem zeznać, że ja przyszedłem po nim, żeby ludzie nie wiedzieli, o której ja przyszedłem" — dodał.

16 maja Feliksa zatrzymano, a jego kolejne zeznania — już w charakterze podejrzanego — mroziły krew w żyłach. Opowiedział, że matka wyzywała go od pijaków, a on się zdenerwował.

„Pomyślałem sobie wtedy, że jak ją trochę popryskam denaturatem i podpalę, to się przestraszy" — zeznawał z zimną krwią. Opisał, jak wylał na leżącą, przytomną jeszcze kobietę zawartość butelki denaturatu — od nóg po klatkę piersiową — a następnie zapałką podpalił jej ubranie. „Postałem jeszcze jakiś czas nad matką, aż się ogień przestał palić" — mówił. Po wszystkim położył się spać, a pustą butelkę później wyrzucił w żyto, „żeby ktoś nie wiedział".

Podczas kolejnego przesłuchania, gdy postawiono mu zarzut zabójstwa, przyznał się wprost: „Matka moja tym swoim gderaniem tak mnie zdenerwowała, że postanowiłem spowodować jej zgon".

Człowiek o dwóch twarzach

Badania psychiatryczne w szpitalu w Gostyninie wykazały, że w chwili zbrodni Feliks Z. znajdował się w stanie zwykłego upicia alkoholowego, ale był poczytalny i mógł stanąć przed sądem. Jego poziom intelektualny określono jako poniżej normy.

I tu zaczyna się najbardziej niepokojący rys tej historii. Bo Feliks Z. okazał się człowiekiem o dwóch twarzach. Przed prokuratorami, milicjantami, podczas wizji lokalnej — przyznawał się, opisując zbrodnię ze szczegółami, które mógł znać tylko sprawca. Ale w samotności celi, w listach do synów i pismach do sądu — nagle stawał się niewinny. Winą obarczał sąsiada i „spisek". „Co mi się zrobiło, że ja na siebie winę wziąłem" — pisał do dzieci, twierdząc, że przyznał się tylko dlatego, że kazała mu milicja.

Wyrok w jeden dzień

Proces przed Sądem Wojewódzkim w Ostrołęce ruszył 4 grudnia 1980 roku — i, co dziś trudno sobie wyobrazić, zakończył się tego samego dnia. Przed sądem Feliks Z. przyznał się do winy, choć wycofał słowa o tym, że chciał matkę zabić. „To dla mnie przykra sprawa" — mówił. „Obecnie żałuję tego, co zrobiłem. Uważam, że zrobiła to wódka. Gdybym był trzeźwy, to bym tego nie zrobił".

Sąd nie miał wątpliwości, że sprawca działał z zamiarem bezpośrednim. Wymierzył mu karę 25 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Jako okoliczności obciążające wskazano okrutny sposób działania, brak żalu bezpośrednio po zbrodni oraz decydujący wpływ alkoholu. Sąd Najwyższy 23 marca 1981 roku utrzymał wyrok w mocy, podkreślając „bardzo znaczny stopień demoralizacji" sprawcy.

Listy zza krat

Po prawomocnym wyroku Feliks trafił do zakładu karnego w Barczewie, a później kolejno do Rawicza, Wrocławia, Iławy. Przez lata zasypywał sądy i urzędy chaotycznymi listami, w których raz prosił o umorzenie kosztów, innym razem twierdził, że jest niewinny, a przyznał się tylko po to, by uniknąć kary śmierci. „Pootwarzajcie okna, aby trochę sprawiedliwości wpadło do sądu" — pisał z przekąsem.

Historia zakończyła się 18 grudnia 1992 roku, gdy Sąd Wojewódzki w Warszawie zdecydował o warunkowym przedterminowym zwolnieniu. Choć wyrok miał trwać do 2005 roku, Feliks Z. wyszedł na wolność po odbyciu połowy kary - po 4599 dniach za kratami. Jak uznano, cele kary zostały osiągnięte, a proces resocjalizacji przebiegał prawidłowo. Jego dalsze losy owiane są tajemnicą.

Warto pamiętać, że były to czasy szczególnie trudne dla Polski. Rzeczywistość PRL-u niosła ze sobą liczne wyzwania. Atmosfera tamtych lat, naznaczona niepewnością jutra, problemami ekonomicznymi i społeczną presją, bez wątpienia wpływała na psychikę mieszkańców. Choć oczywiście nie może to usprawiedliwiać najcięższych zbrodni, nie sposób zignorować kontekstu epoki. Dramatyczne wydarzenia, z jakimi mieliśmy do czynienia, były często wypadkową nie tylko indywidualnych wyborów sprawców, ale także szerszych problemów. Historia ta przypomina nam, jak ważne jest budowanie społeczeństwa opartego na sprawiedliwości i wzajemnym zrozumieniu - by podobne tragedie nigdy więcej się nie powtórzyły.

Wasze opinie

STOP HEJT. Twoje zdanie jest ważne, ale nie może ranić innych.
Zastanów się, zanim dodasz komentarz
Brak możliwości komentowania artykułu po trzech dniach od daty publikacji.
Zaloguj się, by komentować
Komentarze po 7 dniach są czyszczone.
zdjecie 4500
Kalendarz imprez
lipiec 2026
PnWtŚrCzPtSoNd
 29  30 dk1 dk2 dk3 dk4 dk5
 6 dk7 dk8 dk9 dk10 dk11 dk12
 13  14  15 dk16  17  18 dk19
dk20 dk21 dk22 dk23 dk24  25  26
 27  28 dk29  30  31  1  2
×